Trzy iksy Amsterdamu

i amsterdam 9x3Anna Tabaka

Identyfikacja

Są wszędzie. Na budynkach, w oknach, na słupkach parkingowych, na tarczach ulicznych zegarów, na hotelowych chodnikach. Umieszczono je także wprost przed szklaną ścianą wejścia do siedziby rady dzielnicy – na metalowych śmietnikach. Pokazane w pionie trzy iksy wyjęte z herbu Amsterdamu. Heraldycy piszą, że to krzyże świętego Andrzeja i przypisują im szerokie znaczenie. Wystarczy podstawowy leksykon symboli: krzyż św. Andrzeja tworzą dwie równej długości belki skrzyżowane na skos. Apostoł miał zginąć śmiercią męczeńską rozpięty pod znakiem Chrystusa (X to pierwsza litera alfabetu greckiego i zarazem początek greckiego imienia Chrystusa). Dzisiejszy turysta najczęściej usłyszy, że iksy to symbol trzech pierwszych tam Amsterdamu.

Widok ze szczytu kupieckiej kamienicy

Dla nadrzecznego miasta, położonego częściowo w depresji rozbudowany system zapór i śluz jest przede wszystkim znakiem bezpieczeństwa. Najlepiej kupić sobie widokówkę. Widziana z lotu ptaka urbanistyczna siatka zadziwia geometryczną precyzją. Pięcioboczna figura tworzy wachlarz otwarty ku dawnej zatoce IJ, dzisiaj przekształconej w jezioro. Strukturę przecinają proste linie kanałów i ulic. Obraz wydaje się idealnie pozbawiony emocji; jest raczej wykreślony, narysowany, wykalkulowany niż wykreowany. Jakby historia, w tym historia miast, nie była pisana ambicjami i porażkami ludzi.

Tu od zawsze trzeba było walczyć o pewny grunt pod stopami. Ziemi wydzieranej wodzie nie było wiele. Dlatego kamienice sadowione na palach są raczej wąskie niż szerokie, z wysoko, niemal pionowo pnącymi się schodami. Po otwarciu drzwi przybysz z obcych stron poczuje zadziwienie połączone z desperacją. Stopnie przed jego oczami, jak na szalonej animacji, będą pędziły ostro w górę. Alicja po drugiej stronie lustra też znała uczucie nagłego multiplikowania się przestrzeni. Schody poprowadzą do najważniejszej części kupieckiego domu – na strych. Wysoko ponad oczami zwykłych śmiertelników chowano najcenniejszy skarb – towar. Z zewnątrz tę część wyróżniają dekoracyjne szczyty. Kamienice, choć inne w zdobieniach, wydają się takie same. Ciągi fasad, równo stojących nad brzegami kanałów, przypominają układanki dla perfekcjonistów. W zestawie znajdują się także barki – pływające i zamienione na mieszkania. Nawet słynne domy o krzywych ścianach, które też można tutaj zobaczyć, przechylają się w sposób uporządkowany.

Amsterdam, jako główny udziałowiec Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej (zał. 1602), handlował z całym światem, bez skrupułów wyzyskując ludność zajętych wysp Archipelagu Malajskiego. Towar płynął także z Ameryki i Afryki zachodniej (Kompania Zachodnioindyjskiej, zał. 1621). Okrucieństwo wobec tubylców stanowiło niepisane prawo. Na początku z kolonii przywożono głównie przyprawy: goździki i gałkę muszkatołową. Towar był łatwy w transporcie i dawał pewny zysk. Z czasem, gdy w Europie rósł popyt na towary luksusowe, statki przywoziły lakę, jedwab, porcelanę, bawełnę, dywany, w końcu opium i słonie. Odkryciem czasów stały się dwie podstawowe używki: herbata i kawa. Ich picie w dużych ilościach holenderscy lekarze XVII w. zalecali jako nowoczesną kurację zdrowotną. Egzotyczne reminiscencje stały się modne w zdobnictwie. Japońska grafika, która w XIX w. zainspiruje impresjonistów, trafi do Europy także przez Holendrów. Spuścizna kolonializmu, zręcznie ukryta pod nazwą Muzeum Tropików (Tropenmusuem), należy dzisiaj do Królewskiego Instytutu Tropikalnego (kiedyś kolonialnego). Mimo zmiany akcentów i nowoczesności ekspozycji, niezręcznie natomiast czyta się przewodnikowe opisy zapewniające, że jest to miejsce „atrakcyjne i przyjemne, w którym świetnie mogą się bawić zarówno dorośli, jak i małe dzieci”*.

Rozległość horyzontów zaowocowały niebywałym rozwojem nauk, sztuk i znaczącymi kontaktami. Geograf Mikołaj Witsen, jeden z XVII-wiecznych burmistrzów Amsterdamu, badacz Syberii, należał do przyjaciół cara Piotra Wielkiego. Dzisiaj nad jednym z kanałów rzeki Amstel działa filia petersburskiego Ermitażu (Hermitage Amsterdam).

Kupiec, chroniąc towar, wciągał skrzynie na trzecie piętro swojej kamienicy za pomocą lin i haka wystającego ponad szczytowym okienkiem. Ten sposób transportu przedmiotów jest nadal praktykowany. Wystarczy podnieść głowę: wysoko, w linii elewacji widać same haki.

Jestem Amsterdam

W Rijskmuseum, jednym z najbardziej znanych muzeum świata, można spędzić kilka godzin, kilka dni, albo kilka lat. Niektórzy, znudzeni samą myślą o niekończących się ścianach obrazów, nie pójdą tam wcale. Ale w „rijsk” nie wiszą tylko obrazy. Płótna – podręcznikowa historia sztuki malarstwa w oryginałach – układają się w spektakularną promenadę. Portrety, martwe natury i sceny realistyczne okazują się paradnym wejściem do XVII-wiecznej kupieckiej kamienicy. Nie wiadomo kiedy charakter ekspozycji się zmienia. Widza zaczynają otaczać luksusowe sprzęty codziennego użytku, od intarsjowanych mebli, tapiserii po jubilerskie bibeloty. Jakie bogactwo napłynęło do Holandii w XVII stuleciu, najlepiej pokazuje inkrustowana złotem mapa świata. Zarysy kontynentów i mórz rzemieślnik uzyskał z masy perłowej, a całości nadał kształt… patery. Nie trzeba nawet zestawiać w głowie rzeczywistości namalowanej z oglądanymi przedmiotami. Jak się okaże za chwilę, w kolejnej sali, ktoś już odrobił to zadanie. Z teatralnego półmroku wyłaniają się domy lalek – miniaturowe wersje dawnych bogatych domów. Drabinki podstawione do piętrowych konstrukcji oblegają dzieci.

Przewodniki powiedzą, że perłą kolekcji jest „Wymarsz straży” Rembrandta. (Z ogromnego płótna zwykły śmiertelnik zobaczy tylko górną połowę. Poniżej bez końca kłębi się różnojęzyczny tłum, który skutecznie uniemożliwia ogarnięcie wzrokiem całości). Lepiej szukać intymniejszych wzruszeń. Niedaleko zawieszono inne arcydzieło wielkiego Holendra. Złoto-czerwona „Żydowska narzeczona” daje pokaz malarskiej wirtuozerii. Tytuł zwraca uwagę na jeszcze jeden skarb Amsterdamu – dziedzictwo mieszkańców religii mojżeszowej. To oni okazali się najsprawniejszymi szlifierzami diamentów i to oni przez wieki dokładali swoje bogactwo do obrazu świetności miasta.

Rijksmuseum ma cztery kondygnacje ekspozycyjne, na każdej można zestawiać inne narracje. Na deser pozostaje napis: I amsterdam (pierwsze trzy litery wyróżnione na czerwono, reszta – białe). Ponaddwumetrowej wysokości litery stoją na metalowym podeście przed dziewiętnastowiecznym budynkiem muzeum (Pierr Cuypers, 1885). Naszpikowany dekoracjami gmach miał manifestować splendor kolekcji. Dzisiaj wydaje się kreacją zawieszoną między bajką a snem. Ten stan świadomości zręcznie podtrzymuje współczesna instalacja. Po literach z równą intensywnością harcują dzieci i dorośli; kucają na „r”, siadają na „m”, leżą na brzuszku „a”. I skaczą! Skaczą! Skaczą! Nie ma szans, żeby w takiej scenografii zdjęcie nie wyszło. Stajesz się uczestnikiem impulsywnej choreografii. Trwa oswajanie przestrzeni. Amsterdam można dotknąć, otańczyć i zobaczyć od samego początku. „I am”. Jesteś częścią tej historii.

Przynajmniej chcesz w to wierzyć. Napis jest potrzebny także miejscowym. 800-tysięczną społeczność buduje wielokulturowy tłum. Pejzaż ulic, zwłaszcza biedniejszych dzielnic, można opisać kolorami chust noszonych przez kobiety ze względów religijnych. Codzienność imigrantów bywa mniej kolorowa, ale w zlaicyzowanym społeczeństwie, prawem kontrastu, siła więzi współwyznawców jest coraz bardziej widoczna.

Nie dla ignorantów

Trzy iksy z herbu Amsterdamu są białe, ale w przestrzeni miasta najczęściej występują jako krzyże czerwone (bordowe). Lampy na ulicy prowadzącej do dworca głównego (Centraal Station), w które również wkomponowano znak, mają kolor seledynowy. Wyglądają odlotowo razem z tłumem rowerzystów, skuterów i wszelkich innych dwukołówek poruszających się wyznaczonymi ścieżkami. Wszystko pędzi. Dla rowerzysty jedynym wrogiem w tym mieście jest niefrasobliwy pieszy, który w zapomnieniu wkroczy na drogę przejazdu jednośladów. „Odzwonkowanie” ignoranta będzie najlżejszą formą upomnienia. Nad rzeką Amstel rower nie jest formą rozrywki, ale codziennym i całorocznym środkiem komunikacji. Zimą jest zimno (także w nieogrzewanych domach), czasem pada śnieg, poza tym nic się nie zmienia. Samochody? Głównie stoją; grzecznie zaparkowane czekają na dalsze podróże. W obrębie miasta najwygodniej jest pedałować. Nie ma lepszego sposobu na stworzenie wrażenia otwartego, przyjaznego miasta. Wypożyczalni dwuśladów i miejsc parkingowych starczy dla wszystkich. Ścieżki są wyznaczone wszędzie, nawet tam, gdzie ledwo starcza miejsca dla pieszych. Do inwazji iksów dołączają dwie białe krechy narysowane na ulicach: w tak oznaczonych miejscach nadjeżdżające auto musi się zatrzymać, aby przepuścić rowerzystów.

Czy cokolwiek, oprócz żywiołu, może zagrażać temu zasobnemu, silnemu w swojej tożsamości miastu? Sceptycy wieszczą niedaleką katastrofę. Ale w nadejście wielkiej wody w Amsterdamie nikt nie wierzy.

*Dan Colwell, Amsterdam. Przewodnik (6/10), seria „Gazety Wyborczej”.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>